PIEŚŃ LODU
I OGNIA
GRA O TRON
George
R.R. Martin
–
Wysłuchajcie mych słów i bądźcie świadkami mojej przysięgi –
mówili jednocześnie, a dźwięk ich głosów popłynął przez
krąg. – Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta. Zakończy ją
tylko śmierć. Nie wezmę sobie żony, nie będę miał ziemi i nie
spłodzę dzieci. Nie założę korony i zapomnę o zaszczytach. Będę
żył i umrę na posterunku. Jestem mieczem w ciemności. Jestem
strażnikiem na murach. Jestem ogniem, który odpędzą zimno,
światłem, które przynosi świt, rogiem, który budzi śpiących,
tarczą, która osłania krainę człowieka. Moje życie i mój honor
należą teraz do Nocnej Straży na tę noc i na wszystkie pozostałe.
Opowieść posiadająca niesamowite parcie na szkło i nie bez kozery nazywana kultową. Płynąca akcja wzbudzająca zainteresowanie, niedopowiedzenia, które każą na siebie czekać rozdziałami innych perspektyw. Jednymi słowy szczypta dobrego kryminału osadzona w realiach czasów à la średniowiecznych, gęsto najeżona polityką i smutną prawdą o żądzy władzy, pieniędzy i namiętności. Trudno powiedzieć, co jest powodem popularności tej powieści. Może fakt, że każdy znajdzie tu coś dla siebie? Bran skrzywdzony przez los, lecz wciąż pełen marzeń chłopiec, przed którym otwierają się okna innego świata, lord Eddard, honorowy człowiek z ogromną wiedzą, ale lubujący się w swym północnym chłodzie, Catelyn twarda lecz opiekuńcza kobieta, Sansa, śniąca o sukniach, balach i turniejach, Arya, jej całkowite przeciwieństwo upajające się siniakami i zadrapaniami, Jon, odrzucony chłopak, któremu przeznaczony jest ogromny trud i mnóstwo niewdzięczności, Daenerys, młoda dziewczyna, która odważnie staje naprzeciwko wyzwaniu jakim jest ślub z khalem dzikiego plemienia, czy wreszcie Tyrion, karzeł, który ze swej ułomności tworzy żarty, który lubi popić i spędzić noc z piękną kobietą, ale który w swej niespotykanej chęci życia wykazuje się niewiarygodną inteligencją. Konsolidacja tak przeróżnych osobowości, z których każda konfrontuje z inną, zmuszając nas do niejasnych wyborów, tworzy z tej książki potwora czy fantastyczne stworzenie próbujące wtargnąć do naszego umysłu, by utworzyć mętlik, podniecenie i ciekawość.
George Raymond Richard Martin to osoba znana z niezwykłej skrupulatności, a zarazem bardzo denerwującej powolności. Jak wiadomo praca nad książka rozpoczęła się w 1991, w roku który dla mojego pokolenia zdaje się jakimś odległym punktem historycznym. Pierwsza powieść została wydana pięć lat później, i stosunkowo pięć lat przypada na każdą kolejną część. Biorąc pod uwagę smutny fakt, że niestety pan Martin nie jest już chłopcem (ma już prawie siedemdziesiąt lat) powstała wśród fanów słuszna obawa, iż ostatnie dwie części zaplanowanego cyklu mogłyby nie powstać. Ale nie siejmy paniki! Podobno autor zabezpieczył przyszłość Gry o Tron, przekazując cały swój plan na powieść stworzycielowi serialowej adaptacji. Jestem jednak przekonana i żywię ogromną nadzieję, że The Winds of Winter i A Dream of Spring w czas zostaną spisane na papierze. Wróćmy jednak do samego autora, który jest obecnie jednym z najlepszych pisarzy Science Fiction i Fantasy, razem ze swoim rówieśnikiem niezastąpionym Terrym Pratchettem. Ilość najbardziej prestiżowych amerykańskich, a zarazem ogólnoświatowych nagród jest imponująca, tak samo jak jego bibliografia.
Jak zawsze czuję pełne pożałowanie dla tych krótkich opisów na okładkach książek, wyjętych z niczego i nie mających odzwierciedlenia w żadnej wiedzy. Zatytułowanie George R. R. Martina jako odradzającego tradycję epickiego fantasy w stylu tolkienowskim mocno mną wstrząsnęło. Tu można byłoby napisać esej dla wydawnictwa ZYSK i S-KA a także prośbę o zapoznanie się z dziełami obu tych panów i porozmawianie z masą fanów fantasy, którzy takie zdanie uznaliby za bluźnierstwo. Jednakże wystarczy tylko kilka zdań, by zaznaczyć, że po pierwsze styl tolkienowski nigdy nie umarł, by móc się odradzać, a po drugie różnice między zasadniczymi cechami obu ksiąg są wręcz namacalne. Powiedziałabym raczej, że widać swoistą inspirację w całej współczesnej fantastyce motywami tolkienowskimi i że on sam był niezaprzeczalnym prekursorem tak poważnego przyjęcia fantasy w świecie literackim.
Akcja Gry o Tron rozpoczyna się na dalekiej północy, gdzie nadchodzi zima, a za Murem pojawiają się niewytłumaczalne zjawiska z opowieści starych nianiek. Panem północy jest lord Eddard Stark, który po osadzeniu na tronie swego serdecznego przyjaciela Roberta Baratheona, osiadł w swej rodzinnej siedzibie Winterfell, by wieść spokojne życie, jakie przeznaczone jest ludziom z północy. Harmonię jego rodziny burzy wieść o śmierci królewskiego namiestnika i wiadomość, że król wraz z całym dworem zamierza odwiedzić Winterfell. Przyjazd przyjaciela, nawet przyćmiony wydatkami i niezbyt przychylną opinią o królowej, bardzo Eddarda cieszy, dopóki nie okazuje się, że król pragnie mianować go namiestnikiem i jego oraz jego córki zabrać ze sobą do Królewskiej Przystani, stolicy Królestwa i kwintesencji południowego życia. Lord Eddard ma słuszne obawy, co do tej podróży, bo podjęcie się tego zadania sprowadza na niego i jego rodzinę same nieszczęścia. Tymczasem za Wąskim Morzem córka strąconego przed latami króla Aerysa II Targaryena zostaje wydana za dzikiego wodza, który ma dać jego bratu armię i władzę nad straconym królestwem. Jednak podróż z plemieniem Dorthraków nie okazuje się łatwym dla niego przedsięwzięciem. Jego szaleństwo i zuchwałość nie prowadzą do niczego dobrego, za to jego siostra, Daenerys coraz lepiej czuje się w roli khaleesi.
Nie wydaje mi się, żeby w stylu George R. R. Martina było coś powalającego. Jest to styl prosty, opisujący rzeczywistość często w sposób poniekąd banalny. Gdyby spojrzeć na tę książkę w samym kontekście opisów i dialogów, moglibyśmy się spierać, czy jest ona coś warta. Nigdy nie wiadomo na ile jest to błąd autora, a na ile tłumacza. Jedynym darem, o który błagam Boga to dar CZYTANIA wszystkimi językami. Jednak styl Georga R.R. Martina nie próbuje doścignąć bajecznych opisów z Władcy Pierścieni. Autor skupia się na łatwości i przyswajalności przedstawianego świata, który nieskomplikowanie ukazuje się umysłowi czytelnika. Poza tym ogromne doświadczenie i dokładność tworzą unikatową harmonię wątków i brak chaosu, który występuje przy większości prób wprowadzenia takiej ilości punktów widzenia. Ujarzmienie bałaganu jaki panuje między wątkami jest chyba najtrudniejszy w pracy pisarzy, choć przeciętnemu czytelnikowi wydaje się taką banalną formułą. Lecz właśnie o to chodzi, aby czytelnik przyjmował to za banalność i czuł się w tym, jak w ryba w wodzie. Taki rodzaj stylu nietrudno nazwać popularnym, przeznaczonym dla ogółu. Jest to swoista różnica między Pieśnią Lodu i Ognia a bardzo trudnym w czytaniu, epickim stylem J.R.R. Tolkiena. Oba mają w sobie coś niezwykłego i odkrywczego, i w żaden sposób nie można ich porównywać.
Przyznam szczerze, że nie wiem na ile moja opinia jest wiarygodna. Czytając Grę o Tron, w postaci karła widziałam Petera Dinklaga, a ćwicząca taniec Arya pozostała dla mnie małą Maisie Williams. Daenerys miała ciemne brwi Emilii Clarke, a Cersei zwodniczy uśmiech Leny Headey. Ilu by nie było bohaterów, mi stawał przed oczyma obraz aktorów z serialowej adaptacji. Nie wiadomo więc na ile moja ocena książki jest oceną serialu. Z jednej strony nie żałuję, że pierwszy zachwycił mnie serial, a z drugiej bardzo żałuję, że nie przeczytałam najpierw książki. Jednymi słowy, jest mi bardzo przykro, że nie można wykasować sobie pamięci i przeżyć Gry o Tron razy dwa. A nawet razy dziesięć, biorąc pod uwagę, że zawsze znajdzie się niezawodny przyjaciel lub tata, który słysząc, że oglądasz Grę o Tron, spyta a byłaś już jak umierał... Tak. Na szczęście ilość zgonów w samej Grze o Tron jest znikoma, tak jak znikomy jest tu seks, w porównaniu z obszerną grzesznością w serialu. I tak muszę stanąć tu jako niekompetentny recenzent, od którego oczekuje się odpowiedzi od czego zacząć, a on może tylko wzruszyć ramionami i postawić krzyżyk w tragicznym wyborze.
Opowieść posiadająca niesamowite parcie na szkło i nie bez kozery nazywana kultową. Płynąca akcja wzbudzająca zainteresowanie, niedopowiedzenia, które każą na siebie czekać rozdziałami innych perspektyw. Jednymi słowy szczypta dobrego kryminału osadzona w realiach czasów à la średniowiecznych, gęsto najeżona polityką i smutną prawdą o żądzy władzy, pieniędzy i namiętności. Trudno powiedzieć, co jest powodem popularności tej powieści. Może fakt, że każdy znajdzie tu coś dla siebie? Bran skrzywdzony przez los, lecz wciąż pełen marzeń chłopiec, przed którym otwierają się okna innego świata, lord Eddard, honorowy człowiek z ogromną wiedzą, ale lubujący się w swym północnym chłodzie, Catelyn twarda lecz opiekuńcza kobieta, Sansa, śniąca o sukniach, balach i turniejach, Arya, jej całkowite przeciwieństwo upajające się siniakami i zadrapaniami, Jon, odrzucony chłopak, któremu przeznaczony jest ogromny trud i mnóstwo niewdzięczności, Daenerys, młoda dziewczyna, która odważnie staje naprzeciwko wyzwaniu jakim jest ślub z khalem dzikiego plemienia, czy wreszcie Tyrion, karzeł, który ze swej ułomności tworzy żarty, który lubi popić i spędzić noc z piękną kobietą, ale który w swej niespotykanej chęci życia wykazuje się niewiarygodną inteligencją. Konsolidacja tak przeróżnych osobowości, z których każda konfrontuje z inną, zmuszając nas do niejasnych wyborów, tworzy z tej książki potwora czy fantastyczne stworzenie próbujące wtargnąć do naszego umysłu, by utworzyć mętlik, podniecenie i ciekawość.
George Raymond Richard Martin to osoba znana z niezwykłej skrupulatności, a zarazem bardzo denerwującej powolności. Jak wiadomo praca nad książka rozpoczęła się w 1991, w roku który dla mojego pokolenia zdaje się jakimś odległym punktem historycznym. Pierwsza powieść została wydana pięć lat później, i stosunkowo pięć lat przypada na każdą kolejną część. Biorąc pod uwagę smutny fakt, że niestety pan Martin nie jest już chłopcem (ma już prawie siedemdziesiąt lat) powstała wśród fanów słuszna obawa, iż ostatnie dwie części zaplanowanego cyklu mogłyby nie powstać. Ale nie siejmy paniki! Podobno autor zabezpieczył przyszłość Gry o Tron, przekazując cały swój plan na powieść stworzycielowi serialowej adaptacji. Jestem jednak przekonana i żywię ogromną nadzieję, że The Winds of Winter i A Dream of Spring w czas zostaną spisane na papierze. Wróćmy jednak do samego autora, który jest obecnie jednym z najlepszych pisarzy Science Fiction i Fantasy, razem ze swoim rówieśnikiem niezastąpionym Terrym Pratchettem. Ilość najbardziej prestiżowych amerykańskich, a zarazem ogólnoświatowych nagród jest imponująca, tak samo jak jego bibliografia.
Jak zawsze czuję pełne pożałowanie dla tych krótkich opisów na okładkach książek, wyjętych z niczego i nie mających odzwierciedlenia w żadnej wiedzy. Zatytułowanie George R. R. Martina jako odradzającego tradycję epickiego fantasy w stylu tolkienowskim mocno mną wstrząsnęło. Tu można byłoby napisać esej dla wydawnictwa ZYSK i S-KA a także prośbę o zapoznanie się z dziełami obu tych panów i porozmawianie z masą fanów fantasy, którzy takie zdanie uznaliby za bluźnierstwo. Jednakże wystarczy tylko kilka zdań, by zaznaczyć, że po pierwsze styl tolkienowski nigdy nie umarł, by móc się odradzać, a po drugie różnice między zasadniczymi cechami obu ksiąg są wręcz namacalne. Powiedziałabym raczej, że widać swoistą inspirację w całej współczesnej fantastyce motywami tolkienowskimi i że on sam był niezaprzeczalnym prekursorem tak poważnego przyjęcia fantasy w świecie literackim.
Akcja Gry o Tron rozpoczyna się na dalekiej północy, gdzie nadchodzi zima, a za Murem pojawiają się niewytłumaczalne zjawiska z opowieści starych nianiek. Panem północy jest lord Eddard Stark, który po osadzeniu na tronie swego serdecznego przyjaciela Roberta Baratheona, osiadł w swej rodzinnej siedzibie Winterfell, by wieść spokojne życie, jakie przeznaczone jest ludziom z północy. Harmonię jego rodziny burzy wieść o śmierci królewskiego namiestnika i wiadomość, że król wraz z całym dworem zamierza odwiedzić Winterfell. Przyjazd przyjaciela, nawet przyćmiony wydatkami i niezbyt przychylną opinią o królowej, bardzo Eddarda cieszy, dopóki nie okazuje się, że król pragnie mianować go namiestnikiem i jego oraz jego córki zabrać ze sobą do Królewskiej Przystani, stolicy Królestwa i kwintesencji południowego życia. Lord Eddard ma słuszne obawy, co do tej podróży, bo podjęcie się tego zadania sprowadza na niego i jego rodzinę same nieszczęścia. Tymczasem za Wąskim Morzem córka strąconego przed latami króla Aerysa II Targaryena zostaje wydana za dzikiego wodza, który ma dać jego bratu armię i władzę nad straconym królestwem. Jednak podróż z plemieniem Dorthraków nie okazuje się łatwym dla niego przedsięwzięciem. Jego szaleństwo i zuchwałość nie prowadzą do niczego dobrego, za to jego siostra, Daenerys coraz lepiej czuje się w roli khaleesi.
Nie wydaje mi się, żeby w stylu George R. R. Martina było coś powalającego. Jest to styl prosty, opisujący rzeczywistość często w sposób poniekąd banalny. Gdyby spojrzeć na tę książkę w samym kontekście opisów i dialogów, moglibyśmy się spierać, czy jest ona coś warta. Nigdy nie wiadomo na ile jest to błąd autora, a na ile tłumacza. Jedynym darem, o który błagam Boga to dar CZYTANIA wszystkimi językami. Jednak styl Georga R.R. Martina nie próbuje doścignąć bajecznych opisów z Władcy Pierścieni. Autor skupia się na łatwości i przyswajalności przedstawianego świata, który nieskomplikowanie ukazuje się umysłowi czytelnika. Poza tym ogromne doświadczenie i dokładność tworzą unikatową harmonię wątków i brak chaosu, który występuje przy większości prób wprowadzenia takiej ilości punktów widzenia. Ujarzmienie bałaganu jaki panuje między wątkami jest chyba najtrudniejszy w pracy pisarzy, choć przeciętnemu czytelnikowi wydaje się taką banalną formułą. Lecz właśnie o to chodzi, aby czytelnik przyjmował to za banalność i czuł się w tym, jak w ryba w wodzie. Taki rodzaj stylu nietrudno nazwać popularnym, przeznaczonym dla ogółu. Jest to swoista różnica między Pieśnią Lodu i Ognia a bardzo trudnym w czytaniu, epickim stylem J.R.R. Tolkiena. Oba mają w sobie coś niezwykłego i odkrywczego, i w żaden sposób nie można ich porównywać.
Przyznam szczerze, że nie wiem na ile moja opinia jest wiarygodna. Czytając Grę o Tron, w postaci karła widziałam Petera Dinklaga, a ćwicząca taniec Arya pozostała dla mnie małą Maisie Williams. Daenerys miała ciemne brwi Emilii Clarke, a Cersei zwodniczy uśmiech Leny Headey. Ilu by nie było bohaterów, mi stawał przed oczyma obraz aktorów z serialowej adaptacji. Nie wiadomo więc na ile moja ocena książki jest oceną serialu. Z jednej strony nie żałuję, że pierwszy zachwycił mnie serial, a z drugiej bardzo żałuję, że nie przeczytałam najpierw książki. Jednymi słowy, jest mi bardzo przykro, że nie można wykasować sobie pamięci i przeżyć Gry o Tron razy dwa. A nawet razy dziesięć, biorąc pod uwagę, że zawsze znajdzie się niezawodny przyjaciel lub tata, który słysząc, że oglądasz Grę o Tron, spyta a byłaś już jak umierał... Tak. Na szczęście ilość zgonów w samej Grze o Tron jest znikoma, tak jak znikomy jest tu seks, w porównaniu z obszerną grzesznością w serialu. I tak muszę stanąć tu jako niekompetentny recenzent, od którego oczekuje się odpowiedzi od czego zacząć, a on może tylko wzruszyć ramionami i postawić krzyżyk w tragicznym wyborze.

PLiO to jednak z moich ulubionych serii. Ma dwie rzeczy, które bardzo sobie w takiej literaturze cenię: skrupulatne i logiczne stworzenie świata od A do Z oraz brak wyraźnego podziału na dobrych, którzy przetrwają wszystko, i złych, którzy i tak na końcu przegrają. Za to już na wstępnie ma u mnie wielkiego plusa. A i czyta mi się dobrze, mam w kolejce właśnie drugą część trzeciego tomu i muszę się do premiery kolejnego sezonu wyrobić ;)
OdpowiedzUsuńsklep-z-pamiatkami.blogspot.com
Ja nie mogę się doczekać aż zabiorę się do Starcia Królów. Serial był u mnie pierwszy, i prowadzę wojnę ze sobą, czy wyprzedzić książkami, czy jednak trzymać napięcie podczas nowego sezonu ;)
OdpowiedzUsuń