HOBBIT:
BITWA PIĘCIU
ARMII
Peter
Jackson
You are a
very fine fellow, Mr Baggins, and I am very fond of you. But you are
really just a little fellow in a wide world.
Trudno
nie poczuć wzruszenia, gdy nagle kończy się kilka lat przygody,
jaką bez wątpienie było emocjonowanie się nie tylko samym filmem,
ale także jego powstawaniem, doborem aktorów, i wolno upływającymi dniami w oczekiwaniu na premierę. Trudno też się nie wzruszyć,
gdy darzy się wyjątkowym uczuciem poprzedni cykl, ekranizację
trylogii Tolkiena – Władcę Pierścieni. Pewnym jest, że
Hobbit uznany został za bardziej kontrowersyjną inwestycję,
gdy przeciętni widzowie spojrzeli na tę książeczkę, włączona
do kanonu lektur w podstawówce. Porównali ją z ważącą tonę
trylogią i na chłopski, prymitywny rozum stwierdzili, że trzeba
naskoczyć na Petera Jacksona, z pretensją, że robi z bajeczki film
równie długi co z prawdziwej, szanowanej powieści. I tu
nowozelandzki reżyser może zaśmiać się im w twarz! Każdy kto
choć raz przeczytał dwie najpopularniejsze dzieła J.R.R. Tolkiena
wie, że nie ma między nimi porównania. Hobbit to bajka dla
dzieci, pełna przygód, akcji a przy tym zwięzła, jak na doskonałą
bajkę przystało. Natomiast Władca Pierścieni to książka
o wiele poważniejsza i nie bez kozery nazywana trudną, bo
przeciętny człowiek nie jest w stanie przebrnąć przez
nieskończoną ilość opisów. Mam tu na myśli takiego czytelnika,
który nie potrafi ich sobie zobrazować. Angielski pisarz fantastyczny to
mistrz literackiego krajobrazu. I tego tytułu żaden nudny przeciwnik narracji mu nie odbierze. Po tym streszczeniu trudno więc
się nie zorientować, że Peter Jackson zmuszony był Hobbita
przedłużyć, tak samo jak zmuszony był skrócić trylogię. Czy
teraz więc chłopski, prymitywny rozum pojmuje całą tę sprawę?
Peter
Jackson to reżyser lubujący się w efektach specjalnych, co widać
zarówno w King Kongu, Władcy Pierścieni jak i w, zdającym
się w oryginale łagodną opowieścią, Hobbicie. Ostatnia
część jego adaptowanej filmowej trylogii Bitwa Pięciu Armii to
chyba najsmaczniejszy kąsek w całym obrazie. Peter Jakson nigdy nie
skąpił pieniędzy zarówno na wysokie komnaty, olbrzymy jak i
monumentalne sceny walki czy te niezapomniane pojedynki Legolasa,
któremu w końcu po tylu latach zabrakło strzał w kołczanie (nie
ma się tu, co śmiać, przy tej scenie nie mogłam powstrzymać się
od braw dla reżysera). Ostatnia część Hobbita tym bardziej
spodoba się miłośnikom akcji, rozlewu krwi i bijatyk. Wszystko
nasączone jednak miłością i dobrocią. Nie bez kozery J.R.R.
Tolkien zawsze przeciwstawiał szlachetne istoty obrzydłym orkom,
których zabicie jest takim samym grzechem, jak pacnięcie muchy
kapciem. Orkowie mogą ginąć setkami, i często tak się dzieje,
ale nie w Bitwie Pięciu Armii. Tu
spotykamy się z wyjątkową odmianą. W fabule pojawia się para
orków, która uparcie nie chce z tego świata zejść. A konający z
ręki Thorina Azog zaskakuje nas spojrzeniem pełnym strachu i
delikatności. Bitwa
Pięciu Armii wyjątkowa
jest także pod tym względem, że główni bohaterowie nie pozostają
nietknięci. O ile we Władcy
Pierścieni wzruszać
może jedynie scena odpłynięcia Froda i Gandalfa z szarej
przystani, to tu opowieść wcale nie kończy się tak dobrze.
Oczywiście nie wymyślił tego Peter Jackson. Ale wydaje mi się, że
odpowiednio to załagodził. Tak samo jak J.R.R. Tolkien. Smutne
zdaje się więc, że odejście do boskich krain budzi w nas większą
nostalgię niż śmierć bohaterów, do których naprawdę się
przywiązaliśmy.
Kolejnym
sukcesem filmu, za który na poważnie przyznaję Peterowi Jacksonowi
dziesięć punktów to uratowanie całego tego uczucia elfa do
krasnoluda. Choć pomysł od początku wydawał się żałosny (mimo
mojej wielkiej sympatii do obu bohaterów tegoż wydumanego związku),
to w trzeciej części ta miłość nie jest już taka rażąca. Może
to przez to, że także zakochany w Tauriel Legolas nie okazuje
okrutnej zazdrości, albo to Kili zachowuje całą sprawę na
dystans, a reżyser daruje nam ckliwą scenę wspominania rudej
elfki. Muszę jednak przyznać, że romans dodał kinowej wersji
Hobbita smaczku.
Kino i literatura rządzą się swoimi planami, i chyba filmowi
trzeba było takiej damsko-męskiej uczuciowości. Bez dwóch zdań
jestem dobrze nastawiona także do gry aktorskiej, bo mimo puli mało
znanych aktorów, ta sekcja filmu trzymała się na wysokim poziomie.
Wzruszyło mnie, że Peter Jackson nie mógł nakręcić walki
Sarumana z Czarnymi Jeźdźcami od frontu, bo wydałoby się, że to
nie te lata na takie podrygi dla Christophera Lee.
Nie
rozumiem natomiast dziwacznego fetyszu ciągnącego się przez całe
trzy części Hobbita.
Najpierw pojawiły nam
się króliki ciągnące rydwan Radagasta, niby sanie św. Mikołaja,
a w Bitwie Pięciu Armii
główną rolę zdawał
się grać wieprz dosiadany przez Daina. Nie mogłam się powstrzymać
od śmiechu, i choć przez chwilę o to chodziło, to w miarę
przebiegu akcji, ta maskarada była negatywnie śmieszna. Nawet łoś
Thranduila zdał się w takim zestawieniu istotnie komiczny i ten sam
komizm napadł też kozły, które przecież nie było takie złe,
biorąc pod uwagę, że coś musiało wskoczyć po skałach do
twierdzy orków. A mimo wszystko, wolałabym, żeby Peter Jackson
pozostał przy tradycyjnych, pięknych koniach.
W
ostateczności była to bez wątpienia część najlepsza. I łza
zakręciła się w oku, że trwała w porównaniu z innymi, dosyć
krótko. Oczekiwałam jeszcze długiego zakończenia z odwiedzinami
krasnali i małym Meriadokiem podglądającym Bilba, gdy używał
pierścienia. Niestety, musiałam się pocieszyć tylko głosem
Billa Boyda na napisach końcowych. Bez wątpienia The
Last Goodbye bardziej
pasuje do klimatu Śródziemia niż I
see fire (zauważyliście,
że wszystkie piosenki Władcy
Pierścieni śpiewane
są przez kobiety, a Hobbita
przez
mężczyzn?) Polecam także oglądnięcie oficjalnego wideo do
piosenki Billa Boyda. Mimo wszelkich znaków na niebie i ziemi, mam
jednak nadzieję, że to nie jest ostatnie pożegnanie. You
know, Peter Jackson, Silmarilion waits...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz