środa, 17 grudnia 2014

ZATOPIONE MIASTA

ZATOPIONE MIASTA
Paolo Bacigalupi

W Zatopionych Miastach była wojna i były zgliszcza, upał, pot, komary i słona woda, ale było też dziwaczne życie dzikiej gęstwiny, która zagarniała z powrotem swoje terytorium, sięgając coraz dalej i dalej w głąb miejsca od niedawna należącego wyłącznie do ludzi.
No i był także złom.

W powieści Bacigalupi dystopijna atmosfera wzlatuje ponad książkę stając się namacalną częścią otaczającej nas rzeczywistości. Upadający świat tak dobrze znany nam z filmów i seriali, tu przybiera bardzo realistyczną formę. Autor powoli maluje przed nami świat pełen okrucieństwa i cierpienia, któremu przeciwstawia się szczypta złudnej nadziei. Opowieść rozpoczyna się od ucieczki potężnego monstrum, połączenia człowieka i psa, niezwykle silnego i wytrzymałego Toola. Jest ostatnim z genetycznie zmodyfikowanego gatunku, bo jako jedyny ma w sobie niezwykłą determinację i potrzebę wolności. Traktowane jak zwierzę, a jednak bardzo człowiecze stworzenie niechybnie umarłoby, gdyby niespotkana przypadkowo para bohaterów. Mahlia i Mouse, pomocnicy lokalnego lekarza, którzy wybierają się do dżungli na poszukiwanie jedzenia. Moment, w którym Mouse postanawia zbliżyć się do Toola drastycznie zmienia ich życie. Od tej pory już nic nie będzie takie samo dla jednorękiej Mahli, choć może dzięki temu spotkaniu w końcu wróci do swojej pokojowej ojczyzny?

Amerykański pisarz, czterdziestodwuletni Paolo Bacigalupi jest rzeczywistym mistrzem w swojej dziecinie. Widać wiele pracy i dokładności w stworzonej przez niego fabule. Lecz jego styl wydaje się wyuczoną umiejętnością formowania zdań. Owszem jest to piękny i barwny język, lecz niektóre momenty wskazują na niechybną słabość pisarza – surowe podejście do słowa. Powieść Amerykanina przekazana jest czytelnikowi w najbardziej zrozumiałej formie i przeszkadza mi to, że nie daje się czytelnikowi domyślić. Nie daje mu się zastanowić. Niewyjaśnione kwestie zaraz prostuje, narażając się na wyraźne powtórzenia. Ten styl, choć niezaprzeczalnie dobry i wyrafinowany, nie należy do wrodzonych talentów, co widać zresztą po mało artystycznej biografii pana Bacigalupi.

Chylę jednak przez tym wyuczonym stylem czoła, ponieważ Zatopione Miasta to pierwsza od dawna książka, która tak mnie wciągnęła, że byłam w stanie przeczytać ją w tydzień. Podnosi na duchu fakt, że istnieją na tym świecie młodzi dobrzy pisarze (bo tak można nazwać niespełna pięćdziesięcioletniego Bacigalupi). W świecie, w którym największą popularność zdobywa saga o wampirach, perfidnej Stephenie Meyer, taka perełka to rzadkość. W Zatopionych Miastach widać wyraźną refleksję nad ludzkim instynktem bardziej barbarzyńskim i dzikim od instynktu zwierzęcego. Pierwsza połowa powieści ukazuje staczające się ku dnu społeczeństwo, w którym nieliczne obiecujące jednostki tracą nadzieję na normalność. Ale w miarę przebiegu akcji, okazuje się, że ci wszyscy żołnierze nie są tacy źli. Że oni także są tymi obiecującym jednostkami, tylko już pociągniętymi na dno. Ale ku pomocy silniejszych, może uda się z im z niego podnieść. Z Zatopionych Miast emanuje głęboka psychologia. Bacigalupi atakuje nas kontrastami. Bawi się z czytelnikiem, każąc mu nienawidzić złych bohaterów, by potem nagle ich pokochać. Zastanawiamy się wtedy, czy rzeczywiście nie ma on racji, czy nie widzimy w ludziach zła, nawet im się nie przyglądając? Refleksyjność tego tematu tym bardziej do mnie przemawia, że w dwudziestym pierwszym wieku nauka psychologii jest na tyle rozwinięta, by wiedzieć, że człowiek niezaprzeczalnie jest dobry. Lecz to, co robi z niego świat, to nasza utylitarna porażka.

Fabularnie nie usatysfakcjonowało mnie tylko zakończenie dystopii. Obiecujący morski horyzont, w którego stronę chce się udać Mahlia z nawróconymi nowymi przyjaciółmi. Pragnienie ucieczki od wojny, a zarazem uświadomienie sobie, że się tą wojną jest. Jednak Bacigalupi zostawia duże niedomówienie objawiające się umysłową pustką. Nie wiadomo bowiem, czy Mahli naprawdę uda się odejść. A jeśli tak, to jak zmieni się jej życie? Czy Bacigalupi bał się zostawiać książkę z konkretnym zakończeniem, które z każdej strony byłoby dość frustrujące? Czy może postanowił urwać powieść, aby dać nam możliwość do namysłu? Myślę, że tę kwestię zostawię indywidualnej kontemplacji.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz