sobota, 27 grudnia 2014

DOM TAJEMNIC

DOM TAJEMNIC
Chris Columbus & Ned Vizzini

Dla mojego syna Felixa, któremu, mam nadzieję,
pewnego dnia ta książka się spodoba
N.V.

Cóż, pozostaje się modlić, by dobry gust Felixa Vizzini jednak się nie kończył, choć zapewne autor książki miał na myśli jego młody wiek. W takim razie z przykrością muszę wyrazić swą prośbę, aby jednak nadzieja Neda Vizzini została zgaszona, bo książka nie nadaje się ani dla dzieci, ani dla młodzieży, a w szczególności nie nadaje się dla mnie. Chociaż początek wydawał się w miarę obiecujący, typowy dla powieści o dzieciach i strasznym domu, pełnym przygód i niebezpieczeństw, dialogi już w pierwszym rozdziale dawały powody do podejrzeń. Tym bardziej zaskoczyły mnie opinie Piotra Fronczewskiego i J.K. Rowling, którymi opatrzono okładkę wydania znaku. W cytowanych recenzjach nie ma co prawda mowy o ogólnej opinii, i trudno zarzucić aktorowi i pisarce kłamstw, ale oba teksty nasączone są wyraźnym optymizmem. Ale co zrobić? Trudno żeby Rowling napisała o sowim ulubionym reżyserze, żeby pozostał przy filmach i trzymał się od świata literatury z daleka. W głębi duszy na pewno wie, że nie dorasta on jej do pięt.

Chris Columbus to reżyser filmów znanych chyba każdemu amerykańskiemu i europejskiemu dziecku. Jest autorem dwóch pierwszych ekranizacji Harry'ego Pottera i obrazu bez którego nie wyobrażamy sobie świąt czyli kultowego Kevin sam w domu. Rzeczywiście w prowadzeniu fabuły widać ten reżyserski dryg, dzięki któremu w ogóle byłam w stanie przebrnąć przez ogromne tomisko z równie ogromną czcionką. Columbusowi po prostu zabrakło do doskonałości dobrego scenarzysty. Natomiast Ned Vizzini to dość słabo znany w polskim kręgu, amerykański pisarz książek młodzieżowych, którego największym sukcesem była totalna porażka, czyli Dom Tajemnic. Mimo wszystko nie wypada mówić o nim źle. Kilka lat temu popełnił samobójstwo po długiej walce z depresją.

Dom Tajemnic to typowa powieść przygodowa, której bohaterami jest rodzeństwo Walkerów: Kolderia, Eleanor i Brendan. Ich życie rodzinne zostaje przewrócone do góry nogami po wypadku. Według C. Columbusa kolejne moje zdanie zostałoby uznane za spoiler, gdyż pieczołowicie ukrywa on przed nami szczegóły tegoż wypadku. A ten tajemniczy wypadek to tylko niefortunnie przeprowadzony przez pana Walkera zabieg. Zasnąwszy podczas pracy, naznaczył on brzuch swojego pacjenta iście satanistycznym okiem. Rozprawa sądowa pociągnęła go na dno finansowe i zmusiła do przeprowadzki. Państwo Walker mieli jednak sporo szczęścia, gdy agentka nieruchomości (o iście anielskiej cierpliwości), zaoferowała im nadbrzeżną willę w San Francisco, z widokiem na most Golden Gate. Z pozoru droga posiadłość okazuje się świetną inwestycją. Walkerowie odkrywają, że dom należał niegdyś do do zapomnianego pisarza Denvera Kristoffa. Walkerówny zachwycone domem nie słuchają wątpliwości swoje brata Brendana, który już podczas pierwszej wizyty spotyka się z bardzo nieuprzejmą łysą, jednoręką staruszką, która wcześniej zdawała mu się posągiem anioła. Oczywiście bieg zdarzeń przyznaje mu we wszystkim rację. Dzieci zostają przeniesione do świata straszliwych historii Denvera Kristoffa przez jego córkę Wichrową Wiedźmę (tu nie mogę się oprzeć pokusie porównania jej do pewnego statku z powieści Georga R. R. Martina Gra o Tron) i zmuszone do poszukiwania Księgi Życzeń i Zagłady, walczą o swoje młode życia.


Nie można zarzucić C. Columbusowi braku umiejętności prowadzenia historii. Problem pojawia się w stylu, tworzeniu dialogów i opisywania wydarzeń. Do niektórych momentów nie mam zastrzeżeń. Lecz większość książki to po prostu, przepraszam za słowo, żenada. Nienaturalna czułość, miłość objawiająca się w najbardziej możliwy wymuszony sposób. Nie wiem czy łączenie słów można zarzucić autorom, a nie tłumaczowi. Nie mniej jednak cała opowieść opiera się na oryginale, a on w ogólnym spojrzeniu, ani trochę mnie nie przekonuje. Film musi obronić się sam i Columbus chyba zapomniał, że książka też. Cóż. Po prostu niektórzy pisać mogą, a niektórzy powinni wystrzegać się pióra. Miejmy nadzieję, że C. Columbus pozostanie jednak w dziale kinematografii i nie będzie się bawił czymś, co dla niektórych jest całym życiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz