BIRDMAN
Alejandro
González
Iñarritu
People,
they love blood. They love action. Not this talky, depressing,
philosophical bullshit.
Birdman
to po
pierwsze opowieść o
brutalnym ego, sile myśli i szaleństwie głównego
bohatera - Riggana
(Michael Keaton), którego prześladuje wspomnienie kariery
hollywoodzkiej gwiazdy i bycie superbohaterem w komercyjnych filmach
popularnych, których jedynym celem jest nakręcenie jak największej
ilości obrazów o dobrze sprzedającym się obrońcy miasta. Pragnąc
zerwać doklejoną mu etykietę Birdmana,
którą ludzie
rozpoznają na ulicy i z podnieceniem doskakują z prośbą o
autograf, postanawia wynająć teatr i przedstawić własną
adaptację opowieści
Raymodna Carvera What
We Talk About When We Talk About Love,
który dawno temu napisał na serwetce pochwałę na temat jego gry
aktorskiej. Nie bez kozery Alejandro wybrał do tej roli właśnie
Keatona, filmowego Batmana kojarząc go z odgrywaną niegdyś
postacią.
Po
drugie Birdman to
genialna technika operatorska i niesamowita praca ekipy filmowej.
Ujęcie ciągłe, które godne jest podziwu nawet na kilka minut w
słynnej scenie w Chłopcach
z ferajny w Birdmanie
zdobywa nowy poziom
niemożliwości. Przymykając oczy na zaciemnienie wnętrza, w
których z pewnością następowało cięcie na herbatkę, to taka
technika nie zdarza się na co dzień i z pewnością umacnia mnie w
przekonaniu, że Birdman
jest filmem
wyjątkowym.
Reżyser
z dużą dokładnością pilnuje wprowadzanych gęsto wątków.
Dotknięty artystyczną depresją Riggan stawia na swój spektakl
wszystko, zarówno materialnie, jak i duchowo. Nieprzerwanie
prześladuje go zachrypnięty głos Birdmana,
jak i kłopoty
rodzinne: rozwód z Sylwią (Amy Ryan) i problemy narkotykowe córki
(Emma Stone). Riggan próbuje znaleźć stałość w związku z jedną
z aktorek, Laurą (Andrea Riseborough), ogłaszającą mu radośnie
nowinę o ciąży, którą Riggan przyjmuje z niepewną aprobatę.
Dla
stworzenia konfrontacji i otwarcia jego osobowości w obsadzie
spektaklu pojawia się Mike, grany przez boskiego Edwarda Nortona,
który pokazuje Rigganowi techniki grania złożone ze zwodniczej
improwizacji, ale za to pełnej emocji i autentyczności, a przy tym
także niezwykle personalnej. Mike jest więc mentorem, a zarazem
staje się wrogiem Riggana, którego perfidnie prowokuje i poniża,
nie mogąc wczuć się w powagę sytuacji, a także zrozumieć
zażyłości Riggana do jego sztuki. Mike jest aktorem z wysokiej
półki, który więcej ma w sobie szczerości na scenie niż w
prawdziwym życiu. Dopada go kryzys wieku średniego i widzi w Sam,
córce Riggana, młodość, która mimo wszelkich starań, tak
naprawdę odeszła. Zazdrości jej wyłupiastych, narkomańskich
oczu, inaczej obserwujących świat. Świadomy swych słabości i
krytyczny wobec swojej fałszywej osobowości, stanowi najbardziej
intrygującą postać.
Alejandro
bawi się widzem, ukazując mu sceny fantastyczne jako wymysł
chorego umysłu Riggana, ale nie do końca daje nam uwierzyć w
realistyczną wizję świata. Główny bohater cały czas wydaje się
herosem, nieradzącym sobie z potęgą swoich myśli, a my
balansujemy między wizją prawdziwego superbohatera a przekonaniem o
jego głębokich problemach psychicznych.
Żeby
jednak w końcu pociągnąć akcję do punktu kulminacyjnego i
zakończyć film, Alejandro zaczyna psuć fabułę. Także gra
aktorska i wątki przestają być takie intrygujące. Mike znika po
swojej scenie w łóżku z żoną Jacka (postaci Riggana w jego
spektaklu), a potem wszystko wydaje się nie mieć większego
przesłaniania. Już w konfrontacji z krytykiem teatralnym gra
aktorska Keatona zaczyna przypominać słabe starania celebryty. Film
kończy się niejasno, a zachwyt na twarzy Sam w ostatniej scenie
przypomina twarz małego dziecka spoglądającego za balonikiem.
Gdzie nagle podział się geniusz zmagań myślowych, moc wątków i
dobra gra aktorska, która w mniemaniu Akademii Filmowej zasłużyła
na Oscary? Najwyraźniej Birdman
ma pozostawić nas w
niepewności i niedosycie po zagadkowym zakończeniu. Co jednak nie
zmienia faktu, że jest
niewiarygodny i ze
złośliwością
czeka się aż w końcu nastąpi to cięcie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz